niedziela, 2 września 2018

+5

fot. A.

Zupełnie nie pamiętałam, co muszę zrobić, żeby tu wrzucić post.
Czy ja w ogóle pamiętam, jak się o sobie pisze?

Trochę uciekam od nadmiernej autoanalizy, nie, "uciekam" nie jest tym słowem, o które mi chodziło.
Przestaję się, w każdym razie, zadręczać sama sobą.

Co, niestety, nadal nie oznacza umiejętności skupiania się na tym, żeby być dla siebie atrakcyjną w swoich własnych oczach.
I wcale nie chcę o tym pisać.

Kiedy przed rokiem przeczytałam to, co tu zamieściłam, poczułam wstyd. Nie, nie potrafiłabym z tego powodu tamtego wpisu usunąć, postanowiłam sobie przecież od początku uczciwość. Gryzł mnie jednak ten wstyd i ten wpis, piekły mnie.
I długo musiałam czekać na najzdrowszą z reakcji: złość. Na postanowienie, że tak, to już nie będzie, że co to, to nie. Że ja nie chcę tak czuć. Tak żyć.
Pojawiły się dopiero z nowym rokiem, na szczęście, jeszcze jesienią uświadomiłam sobie, że zamiast terapii wirtualnej, wolę prawdziwą. I udało nam się, z panią A., tak to wszystko zorganizować, że znów mogę powiedzieć: jestem w terapii.
I wiecie, co?
W ciągu tego niespełna już roku, odkąd na nią wróciłam, zdarzyło mi się powiedzieć to głośno. Obcym, nowo poznanym. I nie umrzeć po braku reakcji, za to nieraz się ogrzać przy reakcji wspierającej. Raz ktoś powiedział - my tu chyba wszyscy jesteśmy w terapii... - i wtedy poczułam, że jestem we właściwym miejscu, wróciłam do niego jeszcze parę razy, fajnych ludzi można spotkać w Krakowie.

Tak, to kolejna ważna rzecz - odpuszczenie temu miastu. Jego mieszkańcom. Oznaczało to, rzecz jasna, konieczność odpuszczenia w pierwszej kolejności sobie, a kiedy to wreszcie nastąpiło, mogłam przestać snuć spiskowe i niesprawiedliwe teorie, wrzucać wszystkich do jednego worka, mogłam zacząć się otwierać, rozglądać.
Nie oznacza to gromady nowych wspaniałych przyjaciół, oznacza jednak chodzenie czasem na ceramikę, spotkania z dwoma fajnymi parami co jakiś czas, no i ludzi w nowej pracy też polubiłam... Tak, ja wiem. O tym też by wypadało.

Ceramiki chciałam spróbować już około sto lat temu, a teraz została mi zaproponowana właściwie na zasadzie ej, bo brakuje nam trzeciej osoby, żeby się mogły odbyć zajęcia - ale nie szkodzi. Ważne, że okazała się czymś dla mnie bardzo przyjemnym, bardzo otwierającym, bardzo mnie, nie wiem, jakoś w środku łagodzącym. Głaszczę sobie glinę i czuję się sama przy tym głaskana. Po mózgu, po żołądku, po wszystkim.
Nie chodzę na nią regularnie, ale piszę tu o niej, bo chcę was zachęcić do szukania takich twórczych rozrywek. Pól do kreacji. I do schowania wstydu, że "taki stary koń, a dopiero pierwszy raz" (yup, jeszcze całkiem niedawno i ja słyszałam ten głos).

A praca...

... a czy ja przypadkiem nie zanudzam?..

Bo przecież ten blog był miejscem szczerego opisywania pewnego procesu, którego przebiegu nie mogłam w najmniejszym stopniu przewidzieć. Doświadczałam tego pierwszy raz i chciałabym móc powiedzieć, że to już za mną, ale tak nie jest. Pisanie więc pamiętnika o tym, co się u mnie zdarzyło przez ostatni rok, chyba - zwyczajnie - jest balansowaniem na granicy prawdomówności.
Zatem.
Jasne, że temat pracy jest ważny. I powiem wam, żebyście tak całkiem z niczym nie zostali, że po prostu: jeśli zrobisz na coś miejsce, to to przyjdzie. Serio. Mnie też się to wydawało oderwaną od rzeczywistości gadką pseudo-coucherską. A jednak, tak jest. I to nie musi być relacja 1:1. Mimo to, prawdopodobnie zwykle jednak okazuje się, że dostajemy właśnie to, o co nam chodziło. Może na przykład dzięki temu, że się sobie powiedziało: nie jestem pewna, ale biorę to pod uwagę.

Jeśli natomiast miałabym się tu znowu zanurzyć w siebie trochę głębiej...

Po kilku miesiącach rozmów, przemyśleń, powrotu bardzo skutecznie spychanych w niebyt wspomnień, zdobycia nowych informacji i punktów widzenia od najbliższych, zdecydowałam się rozpocząć starania o otwarcie procesu w sprawie o stwierdzenie nieważności mojego małżeństwa. (Nie wierzę, że stworzyłam takie dziwne zdanie. O rany.)
No... tak. Stało się. Wysłałam wniosek, który przeredagowywałam raz byle jak, a drugi raz bardzo porządnie. Dostałam prośbę o uzupełnienie dokumentów. Wysłałam te dokumenty. Dostałam ponowną prośbę o ich uzupełnienie. Wysłałam jeszcze raz.
Czekam.
W międzyczasie moja siostra ponownie zaszła w ciążę. a nawet - całkiem niedawno - urodziła, więc ja wiem już, że nie będę matką chrzestną.

(Przychodzą czasem głupie myśli.
Że ja po prostu nie mogę być żadną matką.
O. Napisałam to.
Tak mam. Głupie. Wolę myśleć, że głupie.
Najbardziej zresztą wolę o tym nie myśleć w ogóle.)

Czekam, nie czekając. Nie poświęcając temu nadmiernej uwagi, dbając o siebie.
Także z powodu tego o siebie dbania, rozluźniłam kontakty z byłym mężem i nie jesteśmy skłóceni, ale też już niewiele o sobie wiemy. Dobrze mi z tym.
Czasem coś jakoś ukłuje, jak jego wejście na pięć tysięcy... ale potem sobie przypominam, że naprawdę nie można mieć wszystkiego. Przesunęłam znowu meble w swoim salonie (bo my tu się bawimy w Carringtonów i używamy takich słów, jak "salon" czy "gabinet"), jestem autentycznie zachwycona efektem i znowu tu spędzam sporo czasu.

O, to może jeszcze o tym.
O zgodzie na lenistwo.
Wreszcie, kurna, po tylu latach.
Bo kiedy ktoś mi mówił, dowiadując się o moim bezrobociu, to ty sobie teraz odpoczywasz, trafiał mnie szlag jasny. Że gówno prawda, że zapieprzam jak dziki osioł. I w końcu sobie uświadomiłam, że ten szlag jest jakby nie w tę stronę ukierunkowany. Że przecież sama to sobie robię.
Przestałam zatem.

Słuchajcie, wiecie, że ja mam taką pracę, którą kończę o szesnastej? Jak Boga kocham. O szesnastej wychodzę z pracy, wrzucam telefon do torebki i czasem wieczorem zerknę na niego w panice, żeby tylko przekonać się znowu, że nadal cisza głucha.
Czujecie to? Czujecie, jakie to pięknie?
I w uzyskanym dzięki temu czasie wcale nie odwalam obiadu z siedmiu dań. Wcale nie pocę się na jodze (tu akurat w sumie wypadałoby coś zmienić), nawet, ale to osobna sprawa, bloga już właściwie nie prowadzę. Czytam. Se. Se drzemię. Se serial obejrzę, pranie zrobię, pogadam ze znajomymi.
Pokłócę się se z A.
Co też jest osobnym tematem...

Walczymy ze sobą. Tak, taka jest prawda. Jesteśmy porąbani i jeśli kłótnia - to na noże. Żadne nie potrafi odpuścić. I tak już, w sumie, piąty rok prawie!
Czy jednak ta liczba nie jest, mimo wszystko, sukcesem?
Dowodzi, że nam się udaje. I ten salon tego dowodzi. I dzisiejsze lody sycylijskie, takie w bułce. I to, że parę tygodni temu jedliśmy lody rzeczywiście na Sycylii, Boże, cudowne były te wakacje.

Nie wiem, dlaczego, naprawdę nie wiem, skąd się to wzięło, ale: cholernie się boję postanowień.
Nie miałam tego, będąc dzieckiem; nieraz podejmowałam jakieś zobowiązania i dotrzymywałam ich. Może zresztą o to właśnie chodzi?.. Że wraz z dorastaniem zmieniał się charakter takich wewnętrznych planów, że pojawiło się ich zawalanie, że znowu jakiś wstyd..?
W każdym razie, z pewnością nie jestem typem, który wyznacza sobie cel, a potem wypisuje punkty, potrzebne do jego osiągnięcia. Nie umiem tego.
A jednak, przed niespełna rokiem, kiedy przeczytałam to, co tu zamieściłam, powiedziałam sobie: tak, to już nie będzie. Co to, to nie. I muszę wam napisać to wprost: naprawdę warto sobie coś takiego powiedzieć. Nie trzeba od razu wiedzieć wszystkiego. Wystarczy wiedzieć, że się potrzebuje zmiany i zacząć jej naprawdę chcieć.
Terapia, nawet psychotropy, bieganie, ceramika, czytanie książek, festiwal filmowy w Cieszynie, przesuwanie mebli, kwiatki w domu i na balkonie, robienie kimchi, buraki w zalewie, workowate sukienki, szminki, czasem różowe włosy, winyle, rzutnik.

Wiecie, mamy naprawdę jedno życie. Strasznie szkoda by było przeżywać je na smutno.

Odezwę się znowu za rok. Czuwaj.