poniedziałek, 2 września 2019

+6

fot. Agata


Chcę Wam dzisiaj powiedzieć, że na nic nie jest za późno.
Tam, gdzie teraz jesteście. W czasie, w którym jesteście. Miejscu. Okolicznościach.
Nie jest za późno.

Jest w sam raz.

Wy jesteście w sam raz.

Macie zasoby, które wolno Wam widzieć i z których wolno Wam korzystać. Macie w sobie piękno, mądrość, doświadczenie, jakich nie ma NIKT INNY. Jesteście JEDYNYMI - egzemplarzami, osobami.
I liczycie się najbardziej. Dla Was, a jestem pewna, że i dla paru (co najmniej) innych osób.

Chcę Wam też powiedzieć, że nic nie wiadomo na pewno, i że to jest dobra wiadomość. Nic nie jest postanowione raz na zawsze - zapewniam Was.

Nie tylko związek.
Nic.

Możecie zmieniać.
Powinniście.
Powinnyście.
Zmieniajcie.

Wpadam sobie, co jakiś czas, w pułapkę planowania. Właściwie, nie uważam, żeby planowanie było czymś skrajnie złym, ale jest jednak stawianiem sobie jakichś ścian. Ściany chronią przed wiatrem, mrozem, nadmiernym upałem. Ściany odgradzają. Mogą potęgować poczucie wyobcowania. Strach.
Moje ściany kojarzą mi się raczej dobrze, a dzięki solidnej pracy, jaką nad sobą wykonałam, moje ściany potrafię też budować na zupełnie nowych fundamentach, z zupełnie nowych materiałów, ciągle od początku.

Jakiś czas temu zatrudniłam się na stanowisku, z jakim siebie bym absolutnie nie kojarzyła. Że trochę poniżej... że bez ambicji... że ale jak to...
Okazało się, że nadal jestem sobą (tak, wyobraźcie sobie). A nie mogąc się schować za pracą z kategorii "wszyscy by tak chcieli" czy też przynoszącą codziennie mnóstwo arcyzabawnych anegdot do opowiadania, muszę się zastanowić nad wartością mnie samej; mnie poza pracą. Okazało się też, że moje potencjały nie wygasły jakimś tajemniczym sposobem tylko przez to, że zawodowo zajmuję się czymś cholernie innym od wszystkiego, czym zajmowałam się dotychczas.

(Swoją droga, jak się tak zastanowić, to w każdej właściwie mojej pracy zajmowałam się czymś cholernie innym... ale powiedzmy, że tym razem był to zdecydowanie wyższy level "cholernej inności".)

Bez wdawania się w zbędne szczegóły: skupiłam się na sobie, pozwoliłam sobie ryzykować, starałam się być asertywna, postawiłam na siebie... i odkryłam, że to procentuje. Przynosi szanse rozwoju. Awansu.

I wtedy na scenę wkracza Szansa Zmiany.
To całe, legendarne, wyjście ze strefy komfortu.

I znowu nic nie wiem.
I cudownie jest nie wiedzieć.

Zaufajcie mi: cudownie jest nie wiedzieć.

Mam za sobą intensywny rok, bardzo ciekawy; rok kilku podróży, wiader wylanych łez, kilkukrotnych zmian fryzury, walki o bycie matką chrzestną (zakończonej sukcesem!), składania zeznań w staraniach o uzyskanie kościelnego stwierdzenia nieważności małżeństwa, rok cementowania związku z A., drobnych remontów, inwestycji, mnóstwa, mnóstwa weryfikacji.

Wróciłam do śpiewania, dzięki czemu wreszcie znalazłam w Krakowie grupę bardzo mi bliskich ludzi, którzy są dla mnie nieraz jak rodzina. Czuję, że to moje miasto, w którym mam swoje miejsca i rytuały.
Buduję siebie i wzmacniam, odkrywam. Tak; ciągle odkrywam także siebie samą.

Mam za sobą rok intensywnego dojrzewania.
Na dojrzewanie też nie jest za późno.

Świat wcale tak szybko się nie zawala, a na pewno nie zawala się tylko dlatego, że ktoś sobie zmienił zdanie. Choć był to ktoś kiedyś dla mnie najbliższy, już nim nie jest, a najbliższa jestem sobie ja sama.

Mam na tym zdjęciu krzywy uśmiech i w ogóle jakoś mało siebie przypominam. A to, co piszę dzisiaj, prawdopodobnie nie jest tym, co powstałoby jutro czy tydzień temu.

Niewiele wiem. Wiele odkrywam.
Żyję.

Mam przyjaciółkę, która powtarza czasem życzenie, brzmiące trochę jak polecenie, jak zadanie do zrobienia: żyj.

To zadanie odrabia się bardzo przyjemnie, jeśli się sobie na to pozwoli. Niekoniecznie łatwo, tych wylanych łez może wcale nie powinnam liczyć na wiadra, a na wanny... ale życie to przygoda. Pozwólcie sobie na to, by właśnie takim je mieć.

Żyjcie.
Ja żyję.

Do zo.

niedziela, 2 września 2018

+5

fot. A.

Zupełnie nie pamiętałam, co muszę zrobić, żeby tu wrzucić post.
Czy ja w ogóle pamiętam, jak się o sobie pisze?

Trochę uciekam od nadmiernej autoanalizy, nie, "uciekam" nie jest tym słowem, o które mi chodziło.
Przestaję się, w każdym razie, zadręczać sama sobą.

Co, niestety, nadal nie oznacza umiejętności skupiania się na tym, żeby być dla siebie atrakcyjną w swoich własnych oczach.
I wcale nie chcę o tym pisać.

Kiedy przed rokiem przeczytałam to, co tu zamieściłam, poczułam wstyd. Nie, nie potrafiłabym z tego powodu tamtego wpisu usunąć, postanowiłam sobie przecież od początku uczciwość. Gryzł mnie jednak ten wstyd i ten wpis, piekły mnie.
I długo musiałam czekać na najzdrowszą z reakcji: złość. Na postanowienie, że tak, to już nie będzie, że co to, to nie. Że ja nie chcę tak czuć. Tak żyć.
Pojawiły się dopiero z nowym rokiem, na szczęście, jeszcze jesienią uświadomiłam sobie, że zamiast terapii wirtualnej, wolę prawdziwą. I udało nam się, z panią A., tak to wszystko zorganizować, że znów mogę powiedzieć: jestem w terapii.
I wiecie, co?
W ciągu tego niespełna już roku, odkąd na nią wróciłam, zdarzyło mi się powiedzieć to głośno. Obcym, nowo poznanym. I nie umrzeć po braku reakcji, za to nieraz się ogrzać przy reakcji wspierającej. Raz ktoś powiedział - my tu chyba wszyscy jesteśmy w terapii... - i wtedy poczułam, że jestem we właściwym miejscu, wróciłam do niego jeszcze parę razy, fajnych ludzi można spotkać w Krakowie.

Tak, to kolejna ważna rzecz - odpuszczenie temu miastu. Jego mieszkańcom. Oznaczało to, rzecz jasna, konieczność odpuszczenia w pierwszej kolejności sobie, a kiedy to wreszcie nastąpiło, mogłam przestać snuć spiskowe i niesprawiedliwe teorie, wrzucać wszystkich do jednego worka, mogłam zacząć się otwierać, rozglądać.
Nie oznacza to gromady nowych wspaniałych przyjaciół, oznacza jednak chodzenie czasem na ceramikę, spotkania z dwoma fajnymi parami co jakiś czas, no i ludzi w nowej pracy też polubiłam... Tak, ja wiem. O tym też by wypadało.

Ceramiki chciałam spróbować już około sto lat temu, a teraz została mi zaproponowana właściwie na zasadzie ej, bo brakuje nam trzeciej osoby, żeby się mogły odbyć zajęcia - ale nie szkodzi. Ważne, że okazała się czymś dla mnie bardzo przyjemnym, bardzo otwierającym, bardzo mnie, nie wiem, jakoś w środku łagodzącym. Głaszczę sobie glinę i czuję się sama przy tym głaskana. Po mózgu, po żołądku, po wszystkim.
Nie chodzę na nią regularnie, ale piszę tu o niej, bo chcę was zachęcić do szukania takich twórczych rozrywek. Pól do kreacji. I do schowania wstydu, że "taki stary koń, a dopiero pierwszy raz" (yup, jeszcze całkiem niedawno i ja słyszałam ten głos).

A praca...

... a czy ja przypadkiem nie zanudzam?..

Bo przecież ten blog był miejscem szczerego opisywania pewnego procesu, którego przebiegu nie mogłam w najmniejszym stopniu przewidzieć. Doświadczałam tego pierwszy raz i chciałabym móc powiedzieć, że to już za mną, ale tak nie jest. Pisanie więc pamiętnika o tym, co się u mnie zdarzyło przez ostatni rok, chyba - zwyczajnie - jest balansowaniem na granicy prawdomówności.
Zatem.
Jasne, że temat pracy jest ważny. I powiem wam, żebyście tak całkiem z niczym nie zostali, że po prostu: jeśli zrobisz na coś miejsce, to to przyjdzie. Serio. Mnie też się to wydawało oderwaną od rzeczywistości gadką pseudo-coucherską. A jednak, tak jest. I to nie musi być relacja 1:1. Mimo to, prawdopodobnie zwykle jednak okazuje się, że dostajemy właśnie to, o co nam chodziło. Może na przykład dzięki temu, że się sobie powiedziało: nie jestem pewna, ale biorę to pod uwagę.

Jeśli natomiast miałabym się tu znowu zanurzyć w siebie trochę głębiej...

Po kilku miesiącach rozmów, przemyśleń, powrotu bardzo skutecznie spychanych w niebyt wspomnień, zdobycia nowych informacji i punktów widzenia od najbliższych, zdecydowałam się rozpocząć starania o otwarcie procesu w sprawie o stwierdzenie nieważności mojego małżeństwa. (Nie wierzę, że stworzyłam takie dziwne zdanie. O rany.)
No... tak. Stało się. Wysłałam wniosek, który przeredagowywałam raz byle jak, a drugi raz bardzo porządnie. Dostałam prośbę o uzupełnienie dokumentów. Wysłałam te dokumenty. Dostałam ponowną prośbę o ich uzupełnienie. Wysłałam jeszcze raz.
Czekam.
W międzyczasie moja siostra ponownie zaszła w ciążę. a nawet - całkiem niedawno - urodziła, więc ja wiem już, że nie będę matką chrzestną.

(Przychodzą czasem głupie myśli.
Że ja po prostu nie mogę być żadną matką.
O. Napisałam to.
Tak mam. Głupie. Wolę myśleć, że głupie.
Najbardziej zresztą wolę o tym nie myśleć w ogóle.)

Czekam, nie czekając. Nie poświęcając temu nadmiernej uwagi, dbając o siebie.
Także z powodu tego o siebie dbania, rozluźniłam kontakty z byłym mężem i nie jesteśmy skłóceni, ale też już niewiele o sobie wiemy. Dobrze mi z tym.
Czasem coś jakoś ukłuje, jak jego wejście na pięć tysięcy... ale potem sobie przypominam, że naprawdę nie można mieć wszystkiego. Przesunęłam znowu meble w swoim salonie (bo my tu się bawimy w Carringtonów i używamy takich słów, jak "salon" czy "gabinet"), jestem autentycznie zachwycona efektem i znowu tu spędzam sporo czasu.

O, to może jeszcze o tym.
O zgodzie na lenistwo.
Wreszcie, kurna, po tylu latach.
Bo kiedy ktoś mi mówił, dowiadując się o moim bezrobociu, to ty sobie teraz odpoczywasz, trafiał mnie szlag jasny. Że gówno prawda, że zapieprzam jak dziki osioł. I w końcu sobie uświadomiłam, że ten szlag jest jakby nie w tę stronę ukierunkowany. Że przecież sama to sobie robię.
Przestałam zatem.

Słuchajcie, wiecie, że ja mam taką pracę, którą kończę o szesnastej? Jak Boga kocham. O szesnastej wychodzę z pracy, wrzucam telefon do torebki i czasem wieczorem zerknę na niego w panice, żeby tylko przekonać się znowu, że nadal cisza głucha.
Czujecie to? Czujecie, jakie to pięknie?
I w uzyskanym dzięki temu czasie wcale nie odwalam obiadu z siedmiu dań. Wcale nie pocę się na jodze (tu akurat w sumie wypadałoby coś zmienić), nawet, ale to osobna sprawa, bloga już właściwie nie prowadzę. Czytam. Se. Se drzemię. Se serial obejrzę, pranie zrobię, pogadam ze znajomymi.
Pokłócę się se z A.
Co też jest osobnym tematem...

Walczymy ze sobą. Tak, taka jest prawda. Jesteśmy porąbani i jeśli kłótnia - to na noże. Żadne nie potrafi odpuścić. I tak już, w sumie, piąty rok prawie!
Czy jednak ta liczba nie jest, mimo wszystko, sukcesem?
Dowodzi, że nam się udaje. I ten salon tego dowodzi. I dzisiejsze lody sycylijskie, takie w bułce. I to, że parę tygodni temu jedliśmy lody rzeczywiście na Sycylii, Boże, cudowne były te wakacje.

Nie wiem, dlaczego, naprawdę nie wiem, skąd się to wzięło, ale: cholernie się boję postanowień.
Nie miałam tego, będąc dzieckiem; nieraz podejmowałam jakieś zobowiązania i dotrzymywałam ich. Może zresztą o to właśnie chodzi?.. Że wraz z dorastaniem zmieniał się charakter takich wewnętrznych planów, że pojawiło się ich zawalanie, że znowu jakiś wstyd..?
W każdym razie, z pewnością nie jestem typem, który wyznacza sobie cel, a potem wypisuje punkty, potrzebne do jego osiągnięcia. Nie umiem tego.
A jednak, przed niespełna rokiem, kiedy przeczytałam to, co tu zamieściłam, powiedziałam sobie: tak, to już nie będzie. Co to, to nie. I muszę wam napisać to wprost: naprawdę warto sobie coś takiego powiedzieć. Nie trzeba od razu wiedzieć wszystkiego. Wystarczy wiedzieć, że się potrzebuje zmiany i zacząć jej naprawdę chcieć.
Terapia, nawet psychotropy, bieganie, ceramika, czytanie książek, festiwal filmowy w Cieszynie, przesuwanie mebli, kwiatki w domu i na balkonie, robienie kimchi, buraki w zalewie, workowate sukienki, szminki, czasem różowe włosy, winyle, rzutnik.

Wiecie, mamy naprawdę jedno życie. Strasznie szkoda by było przeżywać je na smutno.

Odezwę się znowu za rok. Czuwaj.

sobota, 2 września 2017

+4

 
fot. A.

Uff.
Mam kiepskie zdjęcie, bo zapomniałam. Że mam je wrzucić.
Uff.
Ulga.
Ulga, ponieważ od co najmniej pół roku myślałam codziennie (jawna przesada, ale dzięki temu poczujecie, jaki to był ciężar) o tym blogu i o tym, że muszę zamieścić post.
Że powinnam opowiedzieć o sukcesach.

A ja jestem w dupie.

Cztery lata temu (nie wierzę nie wierzę nie wierzę) też byłam w dupie, myślałam, że nie można być w gorszej, ale tamta, to była dupa - konkret. Wiadomo było, co się stało, kto mi to zrobił - czyli, że my oboje - i można było się przynajmniej domyślić, że z niej wyjdę.
Teraz natomiast, sama jestem sobie sterem/żeglarzem/odmętem w arcydziele wszechstronnego rozpierdolu.
Takie mam wrażenie.

Na początku zimy zdiagnozowano u mnie depresję, na końcu zimy miałam (nie, że jakoś tam super poważną, ale jednak stresującą) operację czegoś w macicy, początkiem wiosny nie było wiadomo, czy to depresja, a tuż przed latem rzuciłam pracę.
Od czerwca więc, prawdopodobnie raczej zdrowa i z całą pewnością nie psychicznie, nie pracuję. Urządzam dom oraz na potęgę kłócę się z Prawie Mężem. Aczkolwiek tu akurat muszę przyznać, że mieliśmy parę dni temu rozmowę z tych, o których się mówi, że "pierwszy raz tak naprawdę ze sobą rozmawialiśmy" i kłócimy się trochę mniej. A jeśli już, to inaczej.
Co sprawia, że nieco rzadziej mówię do siebie: zjebałaś, nie sprawia jednak, że mogę sobie powiedzieć: ależ to wcale nie jest żadna dupa, toż to nowe rozdanie.

Staram się sobie tak mówić.
Niekoniecznie mi to wychodzi.

Nie wiem, czy kiedyś wcześniej tak bardzo nie znałam odpowiedzi na pytania o to, czego chcę. Zawsze przynajmniej wiedziałam, czego nie chcę, a aktualnie i tu - mrok.

Uciekam od siebie i jakoś tak całkiem niedawno przypomniałam sobie, że akurat ta ucieczka mi się nie uda.

Czasem w myślach rozmawiam ze swoją terapeutką, nie mogę na żywo, bo już od dawna się z nią nie spotykam. Ona mi zadaje, w tych moich myślach, te wszystkie trudne pytania, czasem mi przychodzi do głowy, ależ to głupie pytanie, pani A., ale nie mogę jej tego powiedzieć, no bo helou, jej tu nie ma, a przede wszystkim, helou, ona jest terapeutką, więc chyba się na tym zna... Próbuję więc na nie odpowiedzieć i wtedy przez chwilę znowu coś wiem...

Właśnie minęła północ, chcę iść spać, bo i tak już wszyscy śpią.
"Wszyscy" są dziś moimi rodzicami, siostrą, jej mężem i Leilą, lat jeden i dwa miesiące z hakiem.
Kiedyś myślałam, że przyjdzie taki czas, wrzucę tu zdjęcie siebie z Małym Człowiekiem albo chociaż z brzuchem tak wielkim, że Wszystko Wiadomo.
A teraz (ciągle) próbuję się przyzwyczaić do tego, że tak nie będzie, nie może być; bo ktoś zapytał, czy przypadkiem nie chcę i odpowiedziałam, że oczywiście, że nie. I to było wtedy szczere. A jest zbyt ważne, żeby móc powiedzieć, że wtedy to już nie dziś.
I nie jest to jedyna sprawa, przy której głównie nic nie wiem, ale skoro aż taka jest jedną z nich, to jak ja mam, na przykład, szukać nowej pracy?..

Byliśmy na Cyprze, skoczyłam do wody z dziesięciu metrów, trochę sobie przypomniałam, kim jestem.
Urządzam dom, podlewam kwiaty, jutro na obiad mejadra, robię pyszne puddingi z tapioki.

Jestem w dupie.
Tak, ja wiem, że nie pierwszy i nie ostatni raz, ale jestem tym już bardzo zmęczona.

I naprawdę nie chciałam, żeby tak to dziś brzmiało. 
Jak to się robi, żeby życie brzmiało inaczej.

piątek, 2 września 2016

+3

fot. A.

(Choć tego wpisu nie mogę zamieścić drugiego września, zapewniam, że dokładnie tego dnia powstaje.)

Jest późny wieczór.
Siedzę na tarasie i słucham koncertu jazzowego, trwającego właśnie na Piazza Palmieri. Przed bryzą znad Adriatyku chroni mnie koc, który przed chwilą przyniósł A.
Wróciliśmy niedawno ze spaceru wąskimi uliczkami, wśród białych murów znalazłam sklepik z pamiątkami, zostawiłam w nim fortunę. Wcześniej zjedliśmy lody na Piazza Garibaldi. Moje miały smak cytryny z bazylią, jego - ricotty z karmelizowaną figą.

Nie przeprowadziłam się do Włoch, spędzamy tu długo wyczekiwane wakacje. Zwiedzaliśmy Mediolan, Florencję, Rzym i Neapol, teraz udajemy paniska w nadmorskim miasteczku.
I uczciwość wymaga przyznania, że jeszcze przed paroma dniami bałam się, że ta notka będzie brzmieć inaczej. Często się kłóciliśmy, zaczęłam się obawiać poważniejszych problemów. Znowu się udało.

Zatem - tak, zgadza się. U mnie jazz, białe wino w szklance, fajny facet na leżaku przede mną. Kupujemy mieszkanie, w głowie mam już kolory płytek do łazienki. Ustabilizowały się kwestie związane z moim zatrudnieniem. Ten blog zawsze był mobilizacją do dostrzegania pozytywów, zawsze byłam też jednak daleka od przekłamań, więc muszę także dodać: w Krakowie nadal zwykle czuję się samotna, jesienią muszę pójść na pewien zabieg do kliniki (bo w szpitalu by cięli, a w klinice wejdą inaczej), mój samochód to już zdecydowanie więcej nie jeździ, niż jeździ i nadal nie jest moim samochodem. Nie udało mi się wrócić na jogę, do wspinaczki ani do regularnego biegania, wracają za to lęki, które naprawdę wierzyłam, że już dawno udało mi się zwalczyć. Problemy z akceptacją samej siebie są tak spore, że nawet przeciwny terapii mój partner prosi, żebym się na nią zgłosiła. A ja nie potrafię się do tego zmobilizować, kojarząc tę konieczność z porażką.

Nadal na wiele pytań o to, co naprawdę ważne, nie umiem sobie odpowiedzieć i zdarzały mi się w ciągu minionego roku myśli, zapewniam, o najgłębszej czerni.
Świadomość tego, co robi człowiekowi taki niespodziewany koniec związku, niestety nadal się rozrasta i nadal potrafię mieć mokre oczy tylko z tego powodu, że jest inaczej.
Potem mam do siebie o te chwile wielki żal.

Nadal czasem boję się starości, często tęsknię do rodziców, jestem nerwowa, zmęczona, rozgoryczona, pełna złości i strachu.

Jestem też zakochana. Mam w głowie kolory płytek do łazienki. Za plecami umilkł już jazz, A. poszedł spać, kupiłam dziś sobie dwie bransoletki. Pamiętam, jak po odejściu R. przestałam nosić biżuterię, wstydziłam się też odważniejszej bielizny, nie dbałam o makijaż. Jest inaczej, czasem się boję, a częściej jestem bardzo szczęśliwa.

Odezwę się za rok. Nie wiem, gdzie wtedy będę i cieszy mnie, że zupełnie nie potrzebuję tego wiedzieć.

środa, 2 września 2015

+2

fot. Agni (samowyzwalacz)

Cześć.
Dwa lata temu zaczęłam prowadzić ten blog.
Równo dwa lata temu usłyszałam, że ze mną nie można być szczęśliwym i pomyślałam, że to mnie w jakiś sposób definiuje. Ustanawia punkt odniesienia do czegoś. Czegokolwiek. Może wszystkiego.

Myślałam, że kiedy pojawię się tu dzisiaj, autorem zdjęcia będzie mój Mężczyzna, że pokażę siebie w pełnym słońcu... jest jeszcze lepiej, bo zrobiłam sobie to zdjęcie sama. Pięćset tryliardów razy ustawiając na oko ostrość.
Zrobiłam je sobie sama, po powrocie z piwa, na które wyciągnęłam kilka moich krakowskich znajomych.
Krakowskich - bo tu teraz mieszkam. Zgodnie z planem.
W Nowej Hucie.
Zgodnie. Z planem.

Mieszkam sama, bo tak wspólnie zdecydowaliśmy. Zdjęcie jest zrobione w mieszkaniu, które sobie sama wynajmuję. I "sama" nie jest synonimem porażki.

Nie jest tęczowo i bajecznie. Nie jest tak, że decydujesz o chęci zmiany swojego życia i cały wszechświat mówi Ok, to teraz usieję ci drogę pierwiosnkami!
Wszechświat mówi dość często - Och, myślisz, że jesteś taka cwana? No to zaraz się przekonasz!..

Mam pracę moich marzeń. Naprawdę. Zakres moich obowiązków, a nawet zakres moich stresów i nerwic żołądka, obejmuje to, co zawsze chciałam robić. Do czego przeczuwałam, nieśmiało zwykle, że mogę się nadawać - i w czym rzeczywiście dobrze sobie radzę.
Zarabiam prawie dwa razy tyle, co w poprzedniej pracy, którą tak bardzo bałam się rzucić.
I tylko nie mam umowy.
Tak. Żadnej.
Częściowo na własne życzenie, ale od dłuższego czasu staram się ten stan rzeczy zmienić - bez efektów.
Nie ma pierwiosnków.

Własne mieszkanie w Krakowie to jakaś totalna fortuna, ale mnie się udało znaleźć tanie i - tak, jak chciałam - niemal nieumeblowane. Urządziłam je po swojemu, pod siebie, jest mi w nim przytulnie, wygodnie, uwielbiam w nim się budzić, tańczyć przed lustrem (mam wielkie piękne lustro!), podlewać pelargonie, które żyją chyba tylko przez sympatię do mnie, pietruszkę, która pewnie kieruje się podobnymi pobudkami i cebulkę, która chyba tak naprawdę od dawna nie żyje.
Słyszę każde chrząknięcie, pierdnięcie i rozmowę moich sąsiadów, ale zdążyłam się już do tego przyzwyczaić.
Do łysoli na ławce pod balkonem też.
I do faceta z sąsiedniej klatki, ryczącego co parę godzin na przykład "wy suki, suki suk, przyślę do was kagiebe" - choć jego chyba w końcu zgarnęli. Nie wiem, kto. Może wyżej wymienieni.

Z A. jest coraz piękniej, aktualnie kończymy oglądać "Twin Peaks", byliśmy w lipcu razem w Izraelu, głównie on stawiał.

Jestem czasem samotna.
Czasem się boję przyszłości.
Starości.
Czasem chciałabym mieć dzieci.
Czasem chciałabym cofnąć czas.
Czasem tylko nie mieć tych wszystkich dziur.
Z których nigdy nie wiem, kiedy i co się wyleje.

A. zbiera po grzbiecie za przewiny mojego Byłego Męża, do mnie z kolei wracają wspomnienia wszystkich popełnionych w małżeństwie błędów.
Problemy w związkach moich bliskich bolą mnie bardziej, niż kiedyś.

Zafarbowałam włosy na blond, mam odrosty, jutro spróbuję coś z nimi zrobić, choć poprzednie próby kończyły się nawet odcieniem zieleni na mojej głowie.

Nie mogę powiedzieć, że żyje mi się "jakoś", bo byłoby to niedopowiedzeniem i potencjalną skargą - żyje mi się bardzo dobrze.

Nikomu nie życzę rozstania, złamanego serca - ale to otwiera. Uświadamia.
Było najważniejszą lekcją, jaką odebrałam... głównie od siebie samej.
Jestem dumna z tego, co udało mi się zrobić z tym wszystkim. Sobie samej dać, mimo strachu, że zostało mi głównie zabrane.

Chciałam się odezwać do was, zaraportować o sobie i myślałam, że opowiem tak zwyczajnie, po kolei: w ciągu ostatniego roku osiągnęłam to a to, teraz planuję tamto i siamto...
Może ja nie umiem tak pisać, a może nie chciałam - jestem tu, żyję i mówię wam (wiem, że tu przychodzicie) - nigdy się nie poddawajcie. Wierzcie w siebie. Dbajcie o siebie. Kochajcie, do cholery, przede wszystkim samych siebie.

I walczcie walczcie walczcie.
Codziennie.

Jeśli trafiłaś/trafiłeś tu, bo właśnie ktoś złamał ci serce, zaufaj mi: będzie lepiej. Jutro, za tydzień, miesiąc, rok i dwa.
Najpierw postaraj się rano wyjść z łóżka i doceń, że to ci się udało. To naprawdę bardzo dużo, kiedy chce się nie istnieć.
Z czasem wrócisz do normalnego jedzenia.
Będziesz się śmiać.
Spotykać ze znajomymi i nie rozmawiać o nieudanym związku. Serio.
Ani się spostrzeżesz, a będzie ci zupełnie dobrze w życiu. Przysięgam.
I zakochasz się.

Bo o to tylko chodzi.

Zakochać się, oddać siebie całą, ryzykując znowu zranienie, umierając z przerażenia, tęskniąc, pragnąc.

Może nawet bardziej, niż kiedykolwiek wydawało ci się, że potrafisz. Bo wiedząc bez cienia wątpliwości: tylko o to chodzi.

Trzymajcie się, wrócę znów za rok.

poniedziałek, 1 września 2014

1

fot. mia mama

Swego czasu, wiele osób powtarzało mi, że powinnam z nim zerwać wszelkie kontakty.
A to nie takie proste. I nie chodzi o jakieś tęsknoty.
To on jest właścicielem samochodu, którego ja codziennie używam. On ma też dwa aparaty fotograficzne; ja lubię robić zdjęcia, ale nie mam żadnego. Zna się na programach graficznych, w których i ja próbuję się czasem bawić, i zna mój laptop - który z rzadka działa, jak powinien.
Zwyczajne, codzienne sprawy. Nawet nie bolesne.
Byłoby jednak, oczywiście, bez nich łatwiej.
Bez powiązań, zależności, długów. Wzajemnego udowadniania sobie, jak bardzo jestem w porządku, jaki fajny i jaka fajna.

Tak się na razie nie da. (Nie wiem, jak pojemne jest to "na razie".)

Tak, to ostatni wpis. Miało być 365, więc dziś muszę skończyć.

W deszczowy poniedziałek rok temu, mój mąż ode mnie odszedł.
Spotkałam się z dwiema fajnymi babkami, które zabroniły mi się poddawać, kazały być silną. Wróciłam do domu i zaczęłam prowadzić ten blog, choć Bóg mi świadkiem, że chciałam się poddać i nie czułam się ani odrobinę silna.
Tyle że, widzicie, ja nie wiem, co to znaczy - poddać się. Ja tak naprawdę nie rozumiem tego pojęcia.
Nieraz w życiu uważałam się za mięczaka, nieudacznika; taką, co to właśnie poddała się już dawno temu.
W rzeczywistości jednak nie wiem, jak się to robi. Siąść i płakać? Gapić się w sufit? Przestać chodzić do pracy tylko dlatego, że ktoś złamał mi serce? Przepraszam, a co ma jedno do drugiego? Marudzić nocą, że mi zimno? I niby czemu od tego miałoby się zrobić cieplej?
W gruncie rzeczy, to chodzenie do pracy, o zgrozo, może pomóc. A kiedy ci nocą zimno, zadzwoń do kogoś fajnego. Poproś, żeby z tobą porozmawiał, opowiedział, jak mu minął dzień i co jadł na obiad, i powtórzył ci sto razy, że świetnie sobie radzisz.

Nie jestem pewna, czy umiem zrobić jakiekolwiek podsumowanie, choć może wiele osób tego oczekuje. Przez cały ten rok, zależało mi jednak na tym, żeby w tym miejscu robić nie to, czego oczekują ode mnie inni. Pomagać trochę sobie. Pokonywać wstyd. W miarę możliwości, chroniąc przy tym swoją prywatność.
Nie widzę powodu, dla którego dziś miałoby się to zmienić.

Jak widzicie, poprosiłam mamę o zrobienie mi zdjęcia w tym samym miejscu, w którym zrobiła mi pierwsze. Wiedziałam, że też nie wyjdzie zbyt ostre, że jest za ciemno. Znowu starałam się nie uśmiechać.
Nie tylko ja dostrzegam jednak różnicę, prawda?
Czy zgodzicie się, że niepotrzebne są żadne podsumowania?

Zaczynam się dzisiaj naprawdę mocno przejmować zbliżającą się rozprawą. Dostaję też odrobinę nieprzyjemny mail od Jeszcze-Męża. I przez chwilę boję się, że tak naprawdę nic się nie zmieniło; że jestem nadal skrzywdzoną opuszczoną kobietą, przestraszoną i bezradną.
Mija.
Musi minąć, bo to kompletna bzdura.

Wychodzę dziś w sandałach. Lekko mży. Idąc, przymykam oczy, wystawiam twarz do chmur. Deszcz jest naprawdę leciuteńki. To jak delikatna pieszczota. Czysta przyjemność.

Po pracy jadę na zakupy. Takie normalne. Spożywcze, no i jakiś płyn do naczyń, podpaski, ręczniki kuchenne... Straszliwie się wzruszam. Słowo daję, że wjeżdżając w markecie po tej taśmie, mam mokre oczy.
Ponieważ mogę sobie kupić dwie kolby kukurydzy.
Czy dwie kolby kukurydzy to coś niezbędnego do życia? O, albo łosoś. Czy naprawdę nie da się zjeść bez tego porządnego śniadania? Czy mozarella koniecznie musi być w lodówce?
Nie muszą, ale mogą. I tylko dlatego je dziś sobie kupuję.
Bo mam na nie ochotę. Bo spłaciłam już meble, wróciłam z Islandii i chcę trochę pożyć. Niekoniecznie w złotych szpilkach i kąpiąc się w szampanie. Ale cholera, kiedy ostatnio kupiłam sobie słoik śledzi? Pełny słoik śledzi.
Cały dla mnie.
Kiedy niosę zakupy, w jednej z papierowych toreb urywają się uszy. Zbieram to wszystko z ziemi i nie mogę przestać się uśmiechać.
Tak, owszem, wracam do domu, w którym nie czeka na mnie mąż. Nie mam kogo poprosić o pomoc, muszę wrócić do samochodu, nie uniosę wszystkiego naraz.
To jednak dziś już nie boli, tylko - naprawdę! - cieszy. Że przecież umyję naczynia w swoim tempie. Postawię na środku kuchni krzesło, choć dopiero godzinę później wymienię żarówkę. Rozsieję kiełki. Przygotuję bezmięsny obiad.
Jeśli zechcę, do kogoś napiszę lub zadzwonię, nie jestem przecież samotna.

A wieczorem zaparzam przywiezioną z Reykjaviku imbirową herbatę. I śpiewam razem z Cher, że now I’m strong enough to live without you.
Tańczę, śpiewam - i trochę płaczę. Nie jestem wyprana z uczuć; przecież moje plany na życie totalnie się rypnęły, a ja dopiero próbuję ukuć nowe.
Wiecie, ja czuję, że to ostatnie łzy.
Jestem silna, jestem już wystarczająco silna, by żyć bez niego. By żyć.

niedziela, 31 sierpnia 2014

2

 fot. A.

Wieczorem właściwie zaczynam się bać tej nadchodzącej środy trochę bardziej.
Dobrze więc, że wieczór następuje po tak miłym leniwym dniu.

Czy pisałam tu, że uwielbiam jeść? Pewnie tak, bo to naprawdę ważna sprawa dla mnie i nie wyobrażam sobie, że mogłam o tym nie wspomnieć.
Kocham jeść, smakowanie, kosztowanie, gryzienie, no i samo wąchanie - od dziecka uwielbiałam zapachy pietruszki, czosnku, kompotu z dyni...
Rano więc się najadam. Wolno i z sosem na brodzie. Truskawki, fasola, budyń, borówki, tofu, ananas.
Dosycam się. Doupycham wolne przestrzenie w sobie, żeby nie było zbyt wiele miejsca na smutek.

sobota, 30 sierpnia 2014

3

 fot. A.

Szczęście ma dziś smak panierowanych pieczarek w Restauracji Stylowa na Hucie. I brzmi jak szlagiery wygrywane na dwóch keyboardach. Jest przeglądaniem się w lustrze ze złoconymi ramami. Jest postawioną na stoliku figurką Lenina, tuż przy świeczniku w kształcie symbolu euro. Jest leniwym piciem ciemnego piwa, patrzeniem na jedyną tańczącą parę i na samotnego gościa w kącie (oczywiście, że w kącie!) sali.
Dodatkiem do szczęścia jest dziś babcia siedząca przy wyjściu.
- Złotówka.
- Proszę?
- Toaleta kosztuje złotówkę.
- Ale ja tu byłam klientem!
- A, jak klient, to pięćdziesiąt groszy.

piątek, 29 sierpnia 2014

4

 fot. A.

W niedospaniu, znowu w słońcu, w cieszeniu się na weekend - myślami coraz częściej przy najbliższej środzie. Szczerze muszę powiedzieć, że nie czuję zdenerwowania. Trochę strach... i wiem, że jego akurat będzie więcej. Stres też jeszcze przyjdzie, wiem.
Na razie myślę, że chciałabym wyglądać dobrze. Tak, naprawdę na razie myślę właśnie o tym. Bez udawania kogoś, kim nie jestem, ale - dobrze.
Mam dłonie wysuszone islandzką wodą. Jak się tym przejmować?
Mam spokój w sercu. I nie jest już tylko z bezradnej zgody, jest już czymś więcej.

czwartek, 28 sierpnia 2014

5

fot. mia mama

Z tymi zdjęciami, to teraz jest tak, że chodzę po domu i zastanawiam się, w którym miejscu jeszcze nie były robione.

Uaktywniam się coraz bardziej na nowym profilu na fb i mi z tym coraz lepiej. Nie zamierzam udawać, że nigdy nie miałam męża, ale parę rzeczy już mnie w tamtym miejscu męczyło. I niektóre wspomnienia jeszcze przez jakiś czas będą trudne. Może nawet zawsze, więc po co mam się świadomie na jakieś durne smutkowanie narażać? Trzeba dbać o siebie, no nie?

... co "udowadniam" wczesnym wieczorem, zwalając sobie na głowę wielką szklaną flachę... z takiego bardzo grubego szkła... no żyję, żyję. I mam nadzieję, że się rano obudzę.

Upieram się dziś, że obrobię koło setkę zdjęć, żeby móc je już pokazać w ten weekend. Jak widać, dochodzi północ i owszem, zdjęcia obrobione, ale wszystko inne leży odłogiem, nie wyśpię się tej nocy! Czasem jestem mocno potrzepana. Co jeszcze przed paroma miesiącami było nie do pomyślenia.

Hm, co jeszcze było nie do pomyślenia...

Że będę kilka dni przed rozwodem.
Że wyjeżdżając na weekend, o tej porze nie będę spakowana.
Że będę wychodzić z domu bez maźnięcia powiek kredką.
Że umówię się niemal na wspólną kąpiel w wannie z kumpelą ze studiów.
Że będę po podróży po Islaaandiiiii!!!
Że będę mieć nowy telefon.
Że znajdę nowy dom dla kotki "tylko" dlatego, że mnie atakowała, drapała i gryzła.
Że będę mieć od kilku tygodni nie poodkurzane.

No, plus sto osiemdziesiąt pięć tysięcy innych rzeczy.

Wiecie? Lubię tę nową Agni.

A.
No tak.
Że będę siebie lubić.

środa, 27 sierpnia 2014

6

fot. Tata

W pracy ok, bo po urlopie to zawsze jest coś do zrobienia, no i bo szefowie nieobecni.
W domu też daję radę, choć kiedy Prawie-Były przywozi mi laptop i informuje, że bez zasilacza, to powiedzmy, że lekko mi drga powieka. Zdążam obrobić 3 zdjęcia i bateria pada.
Mogę sobie za to spokojnie pokroić grzyby na jutro. I posłuchać Sigura. Bardzo głośno.
Wypić herbatę z resztki roibosa, który kupował jeszcze on. Znaleźć w szafce zeszyty z czasów prowadzenia "kalendarzyka" (tak, tak). Potargać je i wyrzucić. Ukroić kawałek jeszcze ciepłego maminego sernika i wciągnąć niezdrowo tuż przed snem.
Ot. Takie fajne "ot".

wtorek, 26 sierpnia 2014

7

fot. mia mama

Choć to powrót do domu, nie może być właściwie aż tak bardzo smutny, kiedy na dworcu autobusowym w Berlinie najdelikatniej, jak można to sobie wyobrazić, budzi cię rosły pan ochroniarz.
Potem jest trochę trudniej. W autobusie budzie mnie po prostu ból tyłka i widzę, że stoimy w korku. Potem budzi mnie ból kolan i nadal stoimy w korku. Podróż nie trwa siedem godzin, tylko prawie dziewięć i ciągle czuję się atakowana przez te nasze europejskie zapachy. Albo coś cuchnie, albo... właściwie, też cuchnie, ale od nadmiaru wody kolońskiej.
Długo trwa to wracanie, bo przez mieszkanie Łu, przez dworzec w Kato...

... właściwie, nie ma o czym pisać...

Tak, zdjęcie jest nieostre. Tak naprawdę, od bodaj trzeciego dnia w Islandii, miałam problemy z obiektywem, który przestał łapać ostrość. Musiałam ją ustawiać ręcznie, więc nie mam pojęcia, czy którekolwiek z moich zdjęć będą tak naprawdę w choćby najmniejszym stopniu udane. Może, gdyby Prawie-Były-Mąż przywiózł mi aparat wcześniej, wcześniej zauważyłabym, że obiektyw jest bardzo brudny (w środku), ale nie chcę się o tym rozpisywać. Mam już za sobą powstrzymywanie łez z tego powodu.

No, to jestem. Segreguję pranie, odwijam z czterech reklamówek suszoną rybę, żeby natychmiast zawinąć ją w nie wszystkie z powrotem. Magnez w kształcie wyspy przyczepiam na środku lodówki. Próbuję się cieszyć bieżącą wodą pod prysznicem. Moją pościelą.
Otwieram okno. Próbuję nie płakać.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

8

Myślę rano, że przez to płacenie kartą, nie mam ani jednej islandzkiej monety na pamiątkę.
Na lotnisku dostaję 325 koron zwrotu podatku, woda kosztuje 320. Et voilla.

Nie będę pisać o tym, jak bardzo wolałabym zostać. Przy islandzkim luzie i braku zadęcia. Pod tym niebem.
Jimi zaproponował nam, żebyśmy raz w miesiącu robiły sobie "islandzki weekend". Głównie w głowie. To dobry plan... na początek.

Bo czekając na odprawę, łapię się na przerażeniu.
Co teraz? Skoro ciągle było "przed Islandią" - co teraz?
Tak po prostu wziąć się z życiem za bary, prawda?

Najpierw, przeżyć zderzenie z zapachem Berlina. Zjeść frytki u miłych panów Turków. Ułożyć się wygodnie do snu na dworcu.

I muszę się do czegoś przyznać.
Nie mam z dziś żadnego zdjęcia. Zapomniałam. Już tym razem kompletnie. I nawet trudno mi się tym bardzo przejmować. Chyba nawet myślę, że to dobrze..?

Mam tylko to jedno, skrajnie marnej jakości, zrobione krótko po północy, z Jimim i Łu. I niech będzie.

niedziela, 24 sierpnia 2014

9

fot. Łu

Niedziela senna i jesienna. Owszem, także skacowana, ale kiedy próbuję przeprosić Jimiego, zapewniając, że normalnie I'm not that kind of person, przytula mnie i oświadcza, że teraz po prostu jestem już prawdziwą Islandką. Cóż, szkoda, że muszę ten chrzest przez resztę dnia odchorowywać, ale jakoś trudno mi cokolwiek postawić ponad to najważniejsze: jestem w Islandii.

Zaczęło się wiele lat temu od klipu Sigur Rós. Stałam przed telewizorem i myślałam, że to jest właśnie coś, czego szukałam, nawet nie mając świadomości tego szukania.
Potem był ściągnięty skądś Agaetis Byrjun i wsiąkłam na dobre.
Nie jestem typem osoby, która zbiera milion informacji o zespole, którego słucha albo o kraju, który chce odwiedzić. Czułam tylko, że to wszystko jest bardzo "moje" i w trudnych momentach zdarzało mi się próbować wyobrażać sobie ten wiatr.

Kara zapytała wczoraj - Myślisz, że gdyby nie odszedł, przyleciałabyś tutaj?
Odpowiedź jest oczywista, choć może w pewnym sensie niezbyt miła.

Spacerując dziś, rozmawiamy z Łu nie o Islandii. Zauważam to i się tym w duchu cieszę. Przecież będąc w jakimś miejscu, sam fakt bycia w nim po prostu uznajesz za normalny. Oswoiłyśmy szybko to miasto, co nie znaczy, że już je całe znamy, ale przecież na koniec nawet znajdujemy knajpę z bezmięsnym menu. Wielka micha pomidorowej i Crosby, Stills & Nash w tle. A o ich muzyce wspomniałam Łu parę minut wcześniej, ale tu ciągle tak jest.

Przed sklepem muzycznym wiszą wzory pocztówek wykonanych ze starych zdjęć. Wchodzimy do środka, wybieramy po kilka, potem podchodzę do stolika z płytami. 

Kupiłam dziś sobie w Reykjaviku Agaetis Byrjun.

sobota, 23 sierpnia 2014

10

fot. Łu

Idziemy na pchli targ i afirmuję sobie tanią czapkę z tutejszej wełny.
Znajduję ją na chodniku.

A na tym targu... cuda prawdziwe! Dawno się tak nie obłowiłam i obie zaczynamy zachodzić w głowę, jak to wszystko upchniemy w plecaku.

W Reykjaviku dziś Noc Kultury. Która trwa cały dzień i oznacza sporo imprez na każdym rogu.

Czy potraficie sobie wyobrazić Bohemian Rhapsody w wykonaniu chóru queer w korytarzu islandzkiego banku?
Ha.

W małym parku za teatrem, para młodych ludzi rozdaje listki wykonane z masy solnej. Mogę na nim wypisać imię osoby, którą chciałabym otoczyć miłością, a listek powiesić na pobliskim drzewie.
Przychodzi mi do głowy tylko jedno imię. Kogoś, kogo chciałabym otoczyć miłością, bo miłość między nami już wygasła.

Wieczorem natomiast dołącza do nas Kara i pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia na część dnia zakończoną publicznym udowodnieniem, jak słabą mam głowę.

piątek, 22 sierpnia 2014

11


fot. Łu

Dzień zaczęty "powitaniem słońca" na wzgórzu z latarnią. A jest co witać, na niebie znów nie ma nawet chmurki.
Śniadanie na kamieniach w małym porcie, potem jedziemy do Borgarnes. Znów znajduje się miła kawiarnia i wreszcie kosztujemy ich deser, wafle (gofry) z bitą śmietaną i kleksem dżemu. Prosty, słodki i podoba mi się, że jego smak tak mi pasuje.
Odwiedzamy Muzeum Sag i wystawę poświęconą Sadze o Egilu. Mój dawny plan na Islandię zakładał spędzenie tu minimum trzech miesięcy i powtarzałam, że zależy mi na poznawaniu tutejszej kultury. Ta historia jest jej ważnym elementem, więc dobrze było zobaczyć, z jak bardzo innej gliny ulepieni są ci ludzie.

I choć próbujemy unikać tego tematu, wracamy. Oczywiście, wydłużając ten powrót, jak tylko się da i podjeżdżając jeszcze pod wodospad Glymur. Właściwie, okazuje się, że trzeba do niego dojść i to trasą nie byle jaką, bo w pakiecie oferującą osypujące się kamienie, trochę wspinaczki z linami zamiast łańcuchów, przejście rzeki po belce... Warto, oczywiście, że warto. Wodospad spada z ogromnej wysokości dwustu metrów, a w głębokim kanionie krążą ptaki. Znów oszałamia przepych tutejszej przyrody. Znów nie znajdujemy słów na oddanie tego, co czujemy.
Kiedy nad głową przelatuje nam helikopter, przez chwilę myślę o erupcji wulkanu, której perspektywą straszy nas od paru dni internet i bliscy. Nie chciałabym przeżyć trzęsienia ziemi, akurat będąc pod ziemią i to w tym momencie mój jedyny lęk.

Bardzo chciałabym, żeby to były moje codzienne lęki. Mieć zapas jedzenia na wypadek zejścia lawiny. Łańcuchy na koła. Ciepłą czapkę.

Przez Reykjavik przejeżdżamy szybko. Musimy tę noc spędzić blisko, ale na pewno nie chcemy jeszcze być w mieście. Po drodze na Keflavik znajdujemy mały zjazd. Choć z tyłu szumią samochody, zaśniemy z widokiem na ocean i zachód słońca. 

Nie chcę się silić na żadne podsumowania. Tak naprawdę, wszystko to, co dała mi ta podróż, będzie się ujawniać z czasem.
Jadąc tu, mówiłam Łu, że chcę odnaleźć swoją siłę - i znalazłam ją.
Po prostu już wiem, jak wiele mogę. Chcieć, mogę chcieć. I spełnić to chcenie.

Islandia, dzban pełen drobniuteńkich szczelin, którymi wypływa woda. Mogący w każdej chwili wybuchnąć potężnym strumieniem - nie, nie lawy; właśnie wody. Nie wiem, czy lodowatej, czy gorącej. Ale tym właśnie dla mnie jest; źródłem. Zapachów, smaków, poznanych tylko powierzchownie, jak przez dotykanie ich poślinionym palcem.
- A skąd wiesz, że będzie ci się tam podobać? 
Nie wiedziałam. Teraz wiem.

czwartek, 21 sierpnia 2014

12


fot. Łu 

Dzień w słońcu i w trampkach, dzień dalszych zachwytów nad owcami i odkrywania kolejnych odmian islandzkich nastrojów, powietrza, spojrzeń.

Nocą był przymrozek. A my spałyśmy w samochodzie, oczywiście.
Jeśli z menstruacją przy tak niskich temperaturach przesypiam noc w samochodzie na Islandii, to czy coś może mnie złamać?
Wybaczcie ten samozachwyt. Tak mocne doświadczenie swojej siły jest dla mnie czymś nowym.

Plan na dziś to Fiordy Zachodnie, ale najpierw spontanicznie (jak zwykle) zjeżdżamy z drogi i trafiamy do uroczego (jak zwykle) miasteczka i przytulnej (jak wyżej) kawiarni z przemiłą (wiadomo) panią właścicielką. Zapytana o przewidywany wybuch wulkanu, macha ręką. Taak, od dawna na to czekają, ale wiadomo tylko, że nastąpi, nie wiadomo jednak, kiedy.
Czekają!
Islandczycy...
Hvammstagi polecam więc odwiedzić zdecydowanie. Zwłaszcza wczesnym rankiem, kiedy całe jeszcze śpi, a słońce już je dopieszcza. Przy czym pojęcie "wczesny ranek" tutaj sięga niemal dwunastej w południe. I dobrze. I zdrowo.

Inna senna miejscowość, którą dziś odwiedzamy, to Hólmavik. To już jednak Fiordy Zachodnie, co oznacza, że po drodze znowu kolejne wzdychania. Tym razem na błękit nieba odpowiada błękit zatok, a na kamiennych plażach bieleją stosy wyrzuconego przez ocean drewna. Domów tu niewiele, samochody mijamy rzadko. Oczywiście, nadal władzę nad łąkami sprawiają owce. Kocham te napuszone kulki wełny, wyglądają jak wyjęte z Samorosta i jestem pewna, że równie kosmicznie śpiewają. Mają tak cudownie tępe pyszczki, kiedy wspinają się na skałę, chyba tylko po to, żeby podziwiać swoje włościa. I trochę przerażają, kiedy do ostatniej chwili stoją na środku drogi, zmuszając do znacznego zwolnienia.

Co innego przeraza dziś bardziej, ale nie tyle mnie, co Łu, która wstępuje do Muzeum Czarnoksięstwa. Ja czekam na nią przy wodzie, którą częstuje mnie miły pan w elfiej czapce. I przy płycie z francuską muzyką, która leci w kółko.
Tak, jest miło, ale... Sama nie wiem, co mówi mój wewnętrzny radar. Wiem tylko, że cisza tego miasteczka ma w sobie coś strasznego. Mimo słońca i braku wiatru. A może właśnie dlatego.
Jasne, że mogłam sobie coś wkręcić. Islandzkie wierzenia jednak... Nie wiem. Nie znam się. Mogę tylko powiedzieć, co czuję, a czuję potrzebę jechania dalej.

Siedzący na miejscu pasażera ma prawo szukania dodatkowych atrakcji po drodze i po południu to jestem ja. Tak trafiamy na półwysep Snaefellsness, gdzie przyroda zmusza nas do wyjścia z samochodu i - milczenia. Tak, mam znowu mokre oczy. I ogromną wdzięczność w sercu.

Godzinę później milczymy znowu, bo tak trzeba, wchodząc na wzgórze Helgafell. Na jego szczycie trzeba odwrócić się twarzą na wschód, zamknąć oczy i pomyśleć trzy życzenia. Jeśli płyną z głębi serca, spełnią się.

Wikingowie wierzyli, że stąd ich dusze wędrują do Valhalli.
Ja czuję, że moja też leci daleko.
Patrzę sama na nas, na siebie.

Spełni się na pewno.

środa, 20 sierpnia 2014

13

fot. Łu

Kąpiel rozgrzała przed snem, ale poranek budzi jednak pełnym nosem. Pogoda też chwilowo nie rozpieszcza, ale ja nie dam rady?
W wielkich pelerynach spacerujemy po Dimmuborgir i mówię głośno, że gdyby mnie teraz ktoś poderwał, kiedy bardziej przypominam bukę lub płaszczkę, mam tłuste włosy, nieogolone nogi i nie do końca świeże ciuchy, a moje brwi anektują kolejne połacie czoła... to by już musiała być miłość. No i obaj przystojni Francuzi kompletnie mnie ignorują.
Miękkie faje.

Mamy dość szeroki repertuar pogodowy, z mżawką i oślepiającym słońcem w pakiecie. Mamy też nadal nosa do znajdowania "naszych" miejsc. Klimaciarskich kawiarenek i tak bajkowych sklepików, że nie chce się ich opuszczać.

Akureyri dużo mniejsze, niż się spodziewałam, a na widok ludzi z wielkimi plecakami mówię Łucji - to są prawdziwi podróżnicy, ja tylko udaję.
Opieprza mnie. I kiedy potem razem gotujemy obiad z kuskus i fasoli z puszki, klęcząc przy samochodzie na małym parkingu z obłędnym widokiem (jak wszędzie), kiedy po obiedzie czyszczę garnek trawą, a ona powtarza, że właśnie tak robią backpackerzy... to nawet jestem skłonna jej uwierzyć...

Dostałam dziś od niej idealny prezent - książeczkę z islandzką paletą barw i wzorów. Coś doskonałego dla naszych ciągłych zachwytów nad odcieniami i grą świateł. Oczywiście, nawet nie umiem podziękować, tak mnie to cieszy.

Ale co mnie tu nie cieszy?
Parking, na którym mamy dziś nocować, ma bieżącą wodę i toalety! Na jakimś kolejnym końcu świata!
A grzane piwo z cukrem i goździkami to nektar bogów. Bogiń!

I wiecie, co?
Nie mam pojęcia, gdzie schowałam te zapasowe baterie do czołówki...

wtorek, 19 sierpnia 2014

14

fot. Łu

Jeśli wielki Rosjanin mówi ci, że z Twoim samochodem wszystko w porządku, to naprawdę przestajesz się przejmować strange sound spod maski. Opuszczasz kolorowe miasteczko, w którym jedyny mechanik jest niemówiącą po angielsku kobietą, a pracownik centrum informacji częstuje darmową kawą, przy kolejnym cudownym wodospadzie rosną borówki i po prostu nadal wszystko mówi: jest dokładnie tak, jak być powinno.

Mam dzień - lekcję, którą zresztą sama sobie zadaję.
Od początku głównie ja prowadzę. Wiem, że Łu też lubi siedzieć za kierownicą, ale nie umiem zrezygnować z tego uczucia, kiedy nitka drogi znika pode mną, kiedy pędzę prosto w kolejne potężne góry lub nową oszałamiającą przestrzeń.
A dziś sobie tego odmawiam. Zwyczajnie; dla niej.
I cieszę się potem jej cieszeniem.

Jest księżycowo, poznajemy kolejne odcienie szarości, kolejne tonacje zawodzenia wiatru. Jest słonecznie, jest pochmurnie.

Tak, jak miało być. Czuję się naprawdę spełniona.

Pole geotermalne to kolejny odlot. Ja nawet nie wiem, jak je opisać. Bulgoczące kałuże błota? Dymiące kupy kamieni? Rozumiecie już, dlaczego po prostu musicie tu przyjechać? 
Islandia jest dla każdego. Oczywiście, w pewnym sensie, także dla nikogo, ale o tym może innym razem.
Jeśli potrzebujesz zieleni lub chcesz od niej odpocząć, ciszy lub huku wodospadów, chcesz dogrzać się gorącym źródłem lub zahartować pogodą. 
Myślę, że znajdziesz tu wszystko, czego ci potrzeba. Być może tylko jeszcze nie wiesz, co to jest.

A wiecie, co robiłyśmy wieczorem?
Kąpałyśmy się nago w grocie!

Tyle teoria. Woda była tak cholernie gorąca, że każda dała radę tylko przycupnąć jak gollum na kamieniu i chlapać się tym, jak Boga kocham, prawie wrzątkiem.
W tych czołówkach... to musiał być naprawdę czysty seksapil.
Ale jak się potem zasypia!
Jestę wikingię.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

15

 fot. Łu

Dziś urodziny Jeszcze-Męża. Rok temu krótko po północy, na stacji benzynowej gdzieś w Polsce, życzyłam mu, żeby był szczęśliwy, z kimkolwiek będzie.
Naprawdę wierzyłam wtedy, że to będę ja.

Jest zbyt pięknie, by psuć to smutkiem. Przychodzi jeszcze czasem, ale być może tylko dodając smaku tym chwilom.

Rano docieramy nad tę "właściwą" lagunę Jökulsárlón. Dlatego pisałam o falstarcie. Wczoraj jednak mogłyśmy piękno kontemplować same, dziś co parę minut podjeżdża autobus. Szczęściary z nas!
I dodatkowo szczęściara ze mnie, że mam arcymądry organizm. Ponieważ dziś mamy dzień "dojazdowy" i właśnie dziś przychodzi okres. Trochę wcześniej, niż powinien. Idealnie.

W Djúpivogur decydujemy się kupić kawę. Jak normalni ludzie! A nawet, uwaga, podsuwam  pomysł... kupienia sobie ciacha! I je kupujemy! Rozpusta. Błogość. W jednym z najstarszych islandzkich domów cieszymy się filiżanką naprawdę smacznej kawy.

No i łapiemy pod centrum informacji darmowy net, żeby potwierdzić, że świat nadal doskonale sobie bez nas radzi.

Łucja wymyśla wycieczkę do Hof, które okazuje się być kościółkiem, małym cmentarzem i dwoma budynkami. Ja chcę już pędzić dalej! Ale to miły spacer. Zwłaszcza, że przed nami długie godziny w samochodzie. I tym razem na trudnych górskich drogach. Widoki zapierają dech, znów mnóstwo moich ukochanych wodospadów, ale jeszcze więcej niebezpiecznych zakrętów. To droga dużo gorsza od tych, których bałam się w Chorwacji. W jakimś innym życiu. Jakaś inna ja (albo właśnie wcale nie ja).

Dzień kończymy w Seydisfjördur, tu też dojeżdża się nie najprościej. Małe miasteczko bez wiatru, z zatoką, niewysokimi budynkami, kamieniami na które ktoś ponaklejał wycięte z kolorowych tkanin oczy. Zasypiamy pod ogromną ścianą zieleni, w górze szumi wodospad, a w głowach poczciwy Jack D.